Archiwum numerów

zarejestruj się zaloguj się

Cerkiew znów będzie!

Przez lata była dumą nie tylko prawosławnych, lecz wszystkich mieszkańców Komańczy. Spłonęła błyskawicznie. Na szczęście zapadła decyzja, że zostanie odbudowana. Lasy Państwowe podarowały na ten cel drewno, zebrano część pieniędzy. Ale najważniejsza jest ludzka determinacja.

Decyzja o odbudowie drewnianej cerkwi w Komańczy, jednego z najpiękniejszych zabytków Bieszczad, zapadła już następnego dnia po pożarze.
– Ta świątynia wyrośnie tu na nowo – powiedział arcybiskup Adam, ordynariusz prawosławnej diecezji przemysko--nowosądeckiej, oglądając pogorzelisko. Zadecydowano, że nowa cerkiew ma być łudząco podobna do dawnej.
Teodor Harhaj, który od 30 lat jest kościelnym, wciąż nie może odżałować spalonej świątyni. – Dwie wojny światowe przetrwała, a teraz nie udało się jej uratować – mówi z żalem. – Co niedziela przychodziliśmy tutaj się modlić. Tu braliśmy śluby, tu były pogrzeby.
– Ludzie zżyli się z nią jak z kimś żywym – opowiada proboszcz ks. Marek Gocko.

Cudem ocalała
Ogień pojawił się wieczorem. – Wersji wydarzeń jest sporo. Jedna z nich głosi, że budynek zajął się od niedogaszonej świecy – mówi ksiądz Gocko.
Duchowny był w domu, gdy przybiegł jakiś chłopak, krzycząc: „Ojcze, dymyt wasza cerkwa!”

 – Nigdy nie zapomnę tego ognia. Straż z Sanoka przyjechała, gdy nie było już co ratować – mówi ze smutkiem ksiądz. Zniszczony został budynek z 1802 r., ikonostas z 1832 r. – pochodzący z okolic Przełęczy Użockiej, ołtarz z 1803 r., ołtarzyk boczny z XVII wieku, fragmenty ikonostasów i ołtarzy z innych cerkwi, m.in. z pobliskiej Dołżycy. W pożarze spłonęło wiele starych ksiąg do nabożeństwa, chorągwie procesyjnie, szaty liturgiczne oraz zabytkowe wrota carskie i diakońskie.
– Straty długo można by wymieniać – macha ręką proboszcz. Krótsza jest lista tego, co ocalało: połowa drzwi wejściowych i Biblia, która leżała na ołtarzu. Ocalał też Chrystus, a raczej jego korpus. Drewniany krzyż spłonął. Cudem przed ogniem uchroniła się też wolno stojąca, zabytkowa dzwonnica z 1834 roku.

Ludzie dobrej woli
Dla księdza Gocko to pierwsza parafia. Gdy wybuchł ogień, gospodarował tu dopiero od kilku tygodni. Tym bardziej zależy mu na odbudowie. – Mocne miałem wejście! – mówi ze łzami w oczach. Zawiązał się Komitet Odbudowy Cerkwi i Komitet Honorowy. Ten ostatni jest ekumeniczny: spotkali się w nim prawosławni, katolicy i ateiści.
Zaraz po pożarze prawosławnych zaprosił do swojego kościoła ks. Marian Szumigraj, proboszcz parafii katolickiej. – To spontaniczne
i naturalne, tym bardziej, że jest ich u nas niewielu – tłumaczy. – Światy wiary w Komańczy przenikają się. Żyją tu rodziny, prawosławno-katolickie, i takie, gdzie obecne są wszystkie trzy obrządki. – Ale wszyscy wierzą w tego samego Boga, choć inaczej

– mówi ks. Szumigraj.
Grekokatolików zabrakło w komitecie, choć mieszka ich tu znacznie więcej niż prawosławnych. Dystans między wschodnimi obrządkami wciąż jest widoczny. Jednak i oni zaproponowali pomoc. Bo tu wszyscy są „tutejsi”, a cerkiew ważna jest także dla nich.
– Nam też zależy na odbudowie – podkreśla ks. Andrzej Żuraw, proboszcz parafii grekokatolickiej. Gdy budowa ruszy, wspomożemy braci chrześcijan – deklaruje.
Zaprosili prawosławnych do siebie, żeby tu odprawiali nabożeństwa, jednak ci grzecznie podziękowali. Zbierają się na modlitwę w cudem ocalałej dzwonnicy. Łatwo to zrozumieć: tutaj są u siebie. – Ociepliliśmy dzwonnicę od środka. Jest trochę ciasno, ale wszyscy jakoś się mieścimy, nawet gdy pojawiają się przyjezdni – tłumaczy ks. Gocko.

Technika sprzed 200 lat
Czesław Hulicki przychodził do cerkwi od dziecka. – Matka była grekokatoliczką, ojciec katolikiem. Gdy nie chciało mi się iść do kościoła, bo daleko, to tu przychodziłem się modlić – wspomina.
– To był nasz największy skarb. Chodzimy do kościoła rzymskokatolickiego, ale widok na tę cerkiew towarzyszył mi przez cały dzień

– dodaje Barbara Baj.
Pożar to dla miejscowych tragedia. – I dla wspólnoty, i dla samej Komańczy – mówi ksiądz Juliusz Feleńczak, szef Społecznego Komitetu Odbudowy, sanocki dziekan Kościoła prawoławnego. – Dobrze, że zachowała się dokumentacja cerkwi. Będziemy odbudowywać ją taką, jaka była: drewniana, kryta blachą.
Komitet poprosił o wsparcie dyrekcję Lasów Państwowych. W przeciągu kilku miesięcy wycięto kilkadziesiąt 120-letnich jodeł
w okolicach Baligrodu, Rymanowa i Komańczy. Dlaczego wybrano takie stare drzewa? – Tylko one się nadawały – wyjaśnia proboszcz.
– Mamy nadzieję, że w tym roku uda się postawić ściany, pokrycia i wszystko to, co potrzeba, by zabezpieczyć cerkiew przed zimą

– mówi ksiądz Felenczak.
Ale dziś już wiadomo, że tak szybko się nie uda. Z prozaicznych powodów: pierwszy przetarg na odbudowę przeszedł bez echa, bo nikt się nie zgłosił. A bez przetargu nie można zacząć prac.
– To trudne przedsięwziecie, niewielu może się go podjąć. Poza tym trwa boom na budowy – kiwa głową ksiądz Gocko. Żeby świątynia wyglądała jak kiedyś, trzeba zastosować technikę sprzed 200 lat. Wkrótce jednak rozstrzygnięty zostanie kolejny przetarg. Są chętni.

Chcieli coś robić
Zanim ksiądz Gocko został proboszczem w Komańczy, przez kilka lat pracował w USA. Wyjechał, gdy skończył w Polsce najpierw seminarium, a potem prawosławną Akademię Teologiczną.
– W Ameryce zobaczyłem, jak uniwersalne jest prawosławie – wspomina. – Tym łatwiej było mi po powrocie przyjąć święcenia kapłańskie.
Do odbudowy spalonej cerkwi zabrał się z wielką determinacją. Przeprowadzono zbiórki pieniędzy. Uczestniczyły w niej parafie prawosławne i katolickie z Bieszczad i okolic, a także osoby indywidualne. Sporą sumę zebrano podczas pleneru artystycznego w bieszczadzkiej Woli Michowej. Prawosławni we Wrocławiu zorganizowali aukcję obrazów, przeznaczając dochód na odbudowę cerkwi. Zbiórki podczas koncertów przeprowadził także prawosławny chór Irmos, który część dochodów z niedawno wydanej płyty przeznaczył na odbudowę cerkwi.
– Ludzie czuli się jak osieroceni, chcieli i musieli coś robić. Potem napięcie trochę opadło, ale to naturalne – ocenia ksiądz Gocko. Dzięki uprzejmości lokalnych władz może korzystać z pracy więźniów z pobliskiego Nowego Łupkowa. Trzeba im tylko zapewnić jedzenie i picie. I papierosy, bez których nie byłoby pracy.
Groszem sypnie też Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Niestety, wszystko to za mało. Szczególnie, że trzeba będzie wyposażyć wnętrze cerkwi. Na razie jednak najważniejsze jest postawienie budynku. Za kilka lat, jak się wszystko uleży, będzie potrzeba napisania ikon, stworzenia ikonostasu.
Będąc w Komańczy, nie sposób było nie zobaczyć cerkwi. Ale żeby wejść do środka, należało dzwonić do proboszcza i czekać, aż otworzy, bo do plebanii jest kawałek. – Turyści, którzy nie wiedzą o pożarze, wciąż dzwonią
i pytają, czy można obejrzeć cerkiew – opowiada ksiądz Gocko. – Z ciężkim sercem muszę im odpowiadać, że nie ma już co oglądać.
Ale zaraz poprawia się: – Na razie nie ma co oglądać. Bo w przyszłym roku, mam nadzieję, nasza cerkiew znów stanie na swoim miejscu.

wstecz do góry