Archiwum numerów

zarejestruj się zaloguj się

Stradivariusze z Chabówki

Henryk Urbanowski


Jest w Polsce grupa lutników, którzy mogą pomóc w skompletowaniu odpowiednich instrumentów muzycznych. Należą do nich bracia Piotr i Paweł Kowalcze z Chabówki na Podhalu.

– Nasze zapóźnienie mierzone liczbą zespołów i solistów uprawiających muzykę dawną, w porównaniu do takich państw jak Francja, Niemcy, Szwajcaria, Włochy i Wielka Brytania, sięga pięćdziesięciu lat – twierdzą zgodnie. – Przykre jest również to – dodają – że polscy muzycy na ogół nie kupują naszych rodzimych instrumentów. Zwracają uwagę na renomowane marki i często przepłacają. Instrumentaliści z Zachodu nie mają uprzedzeń. Wiedzą, że dobrą altówkę, lutnię czy skrzypce można wykonać pod każdą szerokością geograficzną. Najpierw instrument wszechstronnie sprawdzą i dopiero wtedy podejmują decyzję, czy go kupić. A poza tym dzielą się z lutnikami swoimi uwagami. Podpowiedzą co zmienić, co poprawić, pochwalą, gdy coś im się spodoba – mówią Piotr i Paweł.

Utalentowani bliźniacy

Są bliźniakami. Urodzili się 40 lat temu jako dziewiąte i dziesiąte dziecko w rodzinie kolejarza, który dodatkowo jako rolnik gospodarował na kilku hektarach. Mama pomiędzy jednym i drugim porodem pracowała w sklepie, a w prowadzeniu domu pomagała babcia.

Ich mama, pani Wiktoria kochała muzykę. Ojciec też chętnie śpiewał. Do dziś Piotr i Paweł z rozrzewnieniem wspominają rodzinne śpiewanie, zwłaszcza podczas świąt Bożego Narodzenia.

– Odkąd pamiętam, w domu była gitara, grały na niej starsze siostry, próbowali bracia – wspomina Piotr. – Wydarzeniem w naszej rodzinie było pojawienie się fortepianu. Mama kupiła stary instrument wycofany ze szkoły muzycznej, później pojawiły się skrzypce.

Jedna z sióstr, Teresa mieszkała już w Zakopanem i zabrała raz do siebie bliźniaków, by obejrzeli wystawę prac dyplomowych absolwentów tamtejszego liceum plastycznego, słynnej „kenarówki”. Były na niej także instrumenty – skrzypce, gitary. Tak im się spodobało, że nie święci je wykonali, że postanowili kontynuować naukę właśnie w tej szkole.

 Mieli szczęście, bo ich nauczycielami byli legendarni wychowawcy wielu pokoleń podhalańskich lutników – Stanisław Marduła i Jan Łacek. Zwykle w klasie lutnictwa kształci się jedna, dwie osoby na roku. Ale ich rocznik liczył dziewięciu uczniów. Wszyscy musieli chodzić również do szkoły muzycznej.

Muzyczna dusza

– Lutnik musi znać się na muzyce, rozumieć ją i kochać – mówi Paweł.

Tylko trójka z ich rocznika – obaj bliźniacy i Szymon Gąsienica-Sieczka
– postanowiła pogłębiać wiedzę w dziedzinie budowy instrumentów w Akademii Muzycznej w Poznaniu.

– Mieliśmy potrójne szczęście – wspominają bracia. – Poznań to miasto o bo-gatej kulturze muzycznej. Znakomitych koncertów wysłuchaliśmy tam co niemiara. Uzupełnialiśmy w ten sposób nasze wykształcenie muzyczne. Poza tym zdążyliśmy być studentami wybitnego profesora Włodzimierza Kamińskiego. Dzięki niemu mogliśmy też bez ograniczeń korzystać ze zbiorów poznańskiego Muzeum Instrumentów Muzycznych, wziąć każdy instrument do ręki, studiować stare dokumenty i rysunki. To w Poznaniu cała trójka „zakopiańczyków” doszła do wniosku, że warto poświęcić się czemuś oryginalnemu, czego nikt lub prawie nikt nie robi. To dawało nadzieję na karierę, na znalezienie własnej niszy. Bo lutników na świecie i w Polsce jest wielu, ale mało jest bardzo dobrych, szczególnie specjalistów od starych instrumentów.

Kopie starych instrumentów wykonywali jako prace dyplomowe na uczelni. Piotr swoje pierwsze lutnie sprzedał już podczas studiów. Paweł poświęcił swoją pracę violi da gamba. Akademia przygotowała ich do pracy wszechstronnie. Są w stanie wykonywać, konserwować, naprawiać i korygować wszystkie instrumenty z rodziny skrzypiec – skrzypce, altówki, wiolonczele, kontrabasy, viole da gamba oraz lutnie i gitary.

Dzięki jednej z sióstr, która zamieszkała we Francji, mogli wejść na tamtejszy rynek. Prezentowali już swe instrumenty w Paryżu i innych miastach, brali także udział w wystawie w Londynie. Tenorowa viola da gamba wykonana przez Pawła, która na nikim w kraju nie zrobiła wrażenia, bardzo wysoko oceniona została przez wybitnych gambitów amerykańskich, małżeństwo Abramowiczów. Kupiła ją ostatecznie francuska wykonawczyni, światowej klasy pedagog Marianne Miller, która nagrała wiele płyt i koncertów dla radia.

Piotr niedawno rozpoczął podbój rynku niemieckiego, brał udział
w kilku wystawach towarzyszących festiwalom muzyki dawnej i tam sprzedał swą altówkę. Dla chleba natomiast bracia podejmują się korekt instrumentów
i innych mniej ambitnych zleceń. Nie produkują masówki dla rozpoczynających naukę gry na skrzypcach.

– Staramy się docierać bezpośrednio do muzyków – profesjonalistów – podkreślają. – Instrumenty lutnicze powinny mieć wyjątkowe cechy, indywidualne
– własną duszę, styl, estetykę, niepowtarzalne brzmienie i zapewnić wygodę gry konkretnej osobie. Te walory mogą docenić tylko wykonawcy.

Bez przymusu i wyrachowania

W tym zawodzie trzeba wykształcić w sobie również niezbędną pokorę wobec rzeczywistych autorytetów. Dobrego muzyka nie da się oszukać żadną promocją, reklamą czy innymi chwytami marketingowymi. Do tego trzeba przez cały czas podtrzymywać w sobie wrażliwość muzyczną.

Bracia Kowalcze czynią to bez przymusu. Na koncerty do Krakowa, Zakopanego, Rabki, Nowego Targu jeżdżą z wewnętrznej potrzeby. Są częstymi gośćmi we dworze w Wysokiej u Antoniego Pilcha, gdzie koncertują razem z międzynarodową Akademią Tradycji – grupą muzyków z Europy Wschodniej.

Ostatnio, wraz z Eugeniuszem Tokarczykiem i jego córką Anną założyli góralską Kapelę Gorczańską. Śpiewają może nieprofesjonalnie, ale czysto.

 

wstecz do góry