Archiwum numerów

zarejestruj się zaloguj się

Martwy język żywych ludzi

Julian Kostrzewa


Wyr łody Eüch aj uf Wymysłu To znaczy: Serdecznie zapraszamy do Wilamowic! Już tylko kilkadziesiąt osób potrafi w ten sposób powitać gości.
Tą oryginalną mową, która jest mieszaniną języka polskiego, niemieckiego i flamandzkich osadników, posługują się jedynie w Wilamowicach.

Skumma frmdy gest /Śtöf duy buwła fest! / Skumma muma ana fettyn / Z brennia nysła ana epułn / Śtöf duy Jasiu fest!” Ten tekst to kołysanka, niezrozumiała dla Polaków, Niemców czy Holendrów. Odczytają ją jeszcze najstarsi mieszkańcy niewielkich Wilamowic koło Bielska-Białej. Ale jeszcze trochę, kilka-kilkanaście lat i nawet tu nikt nie będzie rozumiał, o co w tym tajemniczym języku chodzi.

Na nic wysiłki Bolesława Nycza i założonego przez niego Stowarzyszenia na Rzecz Zachowania Dziedzictwa Kulturowego Miasta Wilamowice „Wilamowianie”. Prezes Nycz nie ma złudzeń.

– Codziennie na świecie ginie kilkadziesiąt języków. Nie ma nadziei, żeby przetrwał akurat wilamowicki – ocenia. – Dziś używają go głównie najstarsi:
 70-, 80-latkowie, i to tylko od święta. Ale oni wymierają. A jeszcze kilkadziesiąt lat temu był tu pierwszym, używanym na co dzień językiem. To polski było słychać od święta i w urzędach. A sąsiedzi zastanawiali się, czy wilamowiczanie w ogóle są Polakami.

– Staramy się, by mowa przodków nie zaginęła. Ale z tym jest coraz trudniej – przyznaje Barbara Bilczewska-Tomanek, była pani burmistrz i emerytowana nauczycielka. Ale są też tacy, którzy nie żałują, że język, którym posługiwali się od wieków ich dziadowie, umiera. Lepiej – twierdzą – niech ta mowa, przez którą tyle wycierpieli, przestanie istnieć.

Flamandzkie pochodzenie

Według tradycji wilamowianie wywodzą się z Flamandii, a przybyli tu w XIII w. Jak wierzą starsi mieszkańy, nazwa pochodzi stąd, że osadził ich tu Wilhelm (czyli William). Możliwe, że w ówczesnej Flamandii morze zalało tereny poniżej poziomu morza, topiąc domostwa, a ci, którzy ocaleli, poszli szukać przyjaźniejszej ziemi. Znaleźli ją tu, między Bielsko-Białą i Oświęcimiem, na ziemi opustoszałej po najazdach tatarskich.

Możliwe również, że mieszkańcy tego prawie trzytysięcznego dziś miasteczka najpierw osiedlili się na terenach pobliskiej Starej Wsi i tam mieszkali kilkadziesiąt lat. I dopiero później przesunęli się bardziej na północ, w kierunku dzisiejszych Wilamowic, gdzie była żyźniejsza ziemia. Starą miejscowość nazwali Villa Antiqua (Stara Wieś), a tę, w której ostatecznie zamieszkali, Villa Nuova czyli Nowa Wieś. Stąd Wilamowice.

Spór o Wilamowice wciąż jest żywy, i – kto wie – czy zniknie razem z samym językiem. Wątek pochodzenia flamandzkiego mógł też pojawić się dopiero
w XIX w., by mieszkańców nie posądzano o niemieckie korzenie. Ale niezaprzeczalne jest, że język ma korzenie germańsko-niderlandzkie. Wilamowiczanie swą odrębność pielęgnowali przez kilkaset lat, nie wpuszczając do miasteczka obcych. Młodzi pobierali się między sobą. Prezes Nycz, dziś już emeryt, wyjatkowo nie jest rodowitym mieszkańcem miasteczka. Wżenił się w tutejsza rodzinę. – Miałem kłopot z ożenkiem – przyznaje. Rodzina jego już nieżyjącej żony patrzyła na niego krytycznie. Co to za kawaler, który nie mówi po tutejszemu?

Uznani za Niemców

Przełomowym wydarzeniem w dziejach miasteczka była II wojna światowa. Wilamowice zostały wcielone do Rzeszy. A większość mieszkańców podpisało volkslistę. – Nie dano im wyboru. Tacy, którzy nie podpisali, byli wywożeni do obozów – podkreśla Bolesław Nycz. Mechanizm zastosowany przez Niemców był prosty – język, którym mówiono w miasteczku, uznany został za dialekt starogermański. Posługujących się nim obywateli uznano za Niemców. Mężczyzn wcielono do Wehrmachtu, wielu walczyło przeciwko swym sąsiadom z okolicznych wsi. Inni uciekali: albo na Wschód, albo do generała Andersa. Kilkudziesiąt osób ukrywało się przed wcieleniem do niemieckiej armii w piwnicach, na strychach, w stodołach – gdzie tylko kto mógł.
- Pod szafą była dziura w podłodze, tam tata siedział – opowiada Anna Fox o kryjówce swojego ojca.

Teść byłej burmistrz Barbary Bilczewskiej-Tomanek nie znał słowa po niemiecku. – A i tak chcieli go wcielić do Wehrmachtu. Ukrywał się – mówi synowa.

Nieżyjący już ojciec Heleny Biby odpowiadał u Niemców za gospodarstwa rolne. Udało mu się załatwić pracę dla kilkudziesięciu Polaków. Tak przeżył wojnę m.in. Franciszek Nycz, ojciec arcybiskupa Kazimierza Nycza, nowego metropolity warszawskiego, pochodzący z sąsiedniej Starej Wsi.

Po wojnie  niektórzy polscy sąsiedzi postanowili ukarać „Niemców” za podpisywanie volkslisty. Nachodzili ich razem z UB.  Ówczesne rabunki, pobicia, wywózki to nadal tu temat tabu, bo w miasteczku wciąż żyją potomkowie prześladowców.

Kilkanaście rodzin zostało wywiezionych daleko na Wschód, los części z nich do dziś jest nieznany. Zabrano także ojca Anny Fox. – Przyszło UB, wywieźli ojca do obozu na Ural. Wrócił po kilu miesiącach, wygłodzony, ale żywy. Wielu tutejszych nie miało takiego szczęścia – wspomina.

Smiergust dyngus

W czasach PRL przestało istnieć większość tutejszych ludowych strojów. Niszczono je, ocalało niewiele. Ten, który nosi – już tylko od wielkiego święta Anna Fox – ocalał cudem po matce. Córka bardzo jest z niego dumna. Podobny do strojów z Niemiec i Holandii, ma też elementy szkockie (wełniana chusta w kratę) i tureckie.

Mira Zimińska-Sygietyńska wzorowała się właśnie na tych strojach, kiedy przygotowywała dla zespołu  „Mazowsze” smiergust, tutejszy śmigus-dyngus, zaczynający się – ciekawostka! – już wieczorem pierwszego dnia świąt.  Śmiergustnicy, najczęściej młodzieńcy,
w kolorowych strojach idą przez miasto, odwiedzają kolejne domy, zalecają się do dziewcząt. Bolą nogi i głowy, bo alkoholu nie brakuje. Co prawda ksiądz zakazuje napitków i hałasu, lecz mało kto go słucha. Dlatego na porannej mszy niektórzy harcownicy dogorywają i nie mają już siły na polewanie dziewczyn wodą.

Mieszkańcy okolicznych miejscowości często nie ukrywali swej niechęci do wilamowiaków. Nazywali ich „Hołdy Bołdy”, ze względu na niezrozumiały język i inną kulturę. – Byliśmy pracowici, sprytni, nasi jeździli do Wiednia z tkaninami, to pewno nam zazdrościli
– przypuszcza prezes Nycz. Wilamowianie odpowiadali na zaczepki słowami „Myta Gotuś”, czyli z Bogiem.

Franciszka Nycza, ojca arcybiskupa Kazimierza, nazywano w Wilamowicach Pęciną. Przydomki to tutaj praktyczny wynalazek. Rody są tak rozgałęzione, że trudno było trafić do odpowiednich Foxów, Danków, Bib, Bitnerów, Sznajdrów, jeśli nie znało się przypisanego rodzinie przydomka. Do Anny Fox mówią tu: Luftowo. Ale nazywają ją też Lufciną. Jest rodowitą wilamowianką. Polką, ale przede wszystkim wilamowianką. Najpierw jest mała ojczyzna, potem ta wielka, przez duże O.

Lufcina świetnie się czuje, gdy założy strój, który odziedziczyła po matce.
– A jej matka przejęła od babki. A ta od prababki. Wilamowice istnieją siedemset lat, ale strój jest młodszy – żartuje Lufcina. Chętnie żartuje, tańczy i śpiewa. Jest podporą Regionalnego Zespołu Pieśni i Tańca „Wilamowice”, działającego przy stowarzyszeniu prezesa Nycza.

Zespół kultywuje zwyczaje, a przede wszystkim śpiewa w obumierającym języku i jeździ po świecie. Tylko podróże mogą jeszcze działać na wyobraźnię tutejszej młodzieży. Nastolatki nie chcą jednak uczyć się dziwnego języka, poza tym trudno znaleźć nauczycieli. Z pomysłu, by wilamowickiego uczyć w szkole, nic nie wyszło. Są też inne kłopoty. Stowarzyszenie nie ma siedziby, choć burmistrz od lat obiecuje pomoc. Na razie prezes Nycz ma więc biuro w torbie.

Muzeum w Wilamowicach również nie ma, a przecież czas nagli. Gdy starsi mieszkańcy miasteczka odejdą na zawsze, zabiorą ze sobą swoją mowę i dawne zwyczaje. Tak chyba musi być. Ale niech chociaż zostanie po nich pamięć i muzeum.

 

wstecz do góry