Tekst: Henryk Urbanowski
Zdjęcia: Piotr Kuczaj
Mieszka w Suchem, niewielkiej wsi sąsiadującej przez szosę z Poroninem, w stareńkim domu, w którym ma swoją pracownię. Dom prowadzi mama – kobieta nieprzeciętnej, arystokratycznej urody, wywołująca do niedawna zgorszenie w okolicy tym, że paliła fajkę.
W Zakopanem mówią o Andrzeju Siekierce: nasz Versace, a o lansowanej przez niego modzie: styl siekierkowski. Za jeden ze swych największych sukcesów pan Andrzej uważa udział w międzynarodowej wystawie strojów regionalnych w hiszpańskim kurorcie Jaca w Pirenejach. W ciągu tygodnia obejrzało ją 85 tys. widzów. Kolekcję stylizowanych strojów kobiecych zakupiło do swych zbiorów Muzeum Tatrzańskie.
Majątek na… stroje Aby uszyć sobie u niego cokolwiek, trzeba czekać ok. trzech miesięcy. Tylko stałe klientki przepuszcza czasami bez kolejki.
– Najtrudniej jest wtedy – mówi Andrzej Siekierka – kiedy w okolicy odbywa się huczne wesele w znanej góralskiej rodzinie. Wtedy pracuję nawet po 20–22 godziny na dobę. Bywa, że wstaję rano w czwartek i kładę się spać w południe w niedzielę.
– Teraz są już ludzie tak bogaci i panuje taka moda, że niektóre panny młode szyją sobie na wesele trzy suknie: jedną na ślub do ko-ścioła, drugą na cepiny (oczepiny), a trzecią na po cepinach. Czasami też czwartą na poprawiny – dodaje pani Zofia Siekierkowa.
– Podobnie przebierają się chętnie zapraszane na wesela, bogate ciotki. Nie do pomyślenia jest, aby któraś z nich ubrała się w ten sam strój na kolejne wesele.
Ciotkami nazywa się na Podhalu starsze kobiety, niekoniecznie spokrewnione z wypowiadającymi to słowo osobami. To wyraz szacunku. Ciotką nazywa się także Zofię Karpielową–Bułeckę, pierwszą damę Zakopanego i najważniejszą klientkę Andrzeja Siekierki. Mówią o niej również: Bułeckula i choćby sto kobiet w okolicy miało to samo nazwisko, wiadomo, o kogo chodzi. O zawartości szaf pani Zofii krążą na Podhalu legendy. Jedni mówią, że ma 300 „dziadów”, inni, że 150. Dziadami na Podhalu nazywa się stare rzeczy. Bułeckula chętnie pokazuje nam zawartość swych szaf i komód. Na oko jest tego około setki. Ze trzydzieści kompletów uszył jej Andrzej Siekierka.
– Tradycyjny kobiecy strój góralski – wyjaśnia pan Andrzej – składa się z następujących części: haftowanych gaci, wykańczanego ha-ftem angielskim fartucha (halki), wzorzystej spódnicy z materiału zwanego farbanicą, białej haftowanej koszuli (bluzki), aksamitnego haftowa-nego paciorkami lub jedwabnym kordonkiem (sitarzem) gorsetu; na to nakładało się wzorzystą kaszmirową chustę lub szal, a zimą barani serdak. Kobiety, których nie było stać na kożuch, zakładały wielką, składaną na pół chustę zwaną barankulą. Do tego korale, kilka pierścion-ków, no i buty. Dziś taki strój kosztuje od 2 do 5 tys. zł, bez korali, bo te kosztują do kilkudziesięciu tysięcy.
Góralska moda zmienną jest Góralska moda idzie z duchem czasów.Kanon przestrzegany jest w strojach zespołów regionalnych. Dawniej panny miały spódnice z białym tłem i czerwone serdaki, mężatki szyły stroje w kolorach bordo i zielonym, a wdowy w brązie lub czarnym. Teraz się tego nie przestrzega.
– Może moje powodzenie na tym polega – zastanawia się Siekierka – że eksperymentuję, nie trzymam się ścisłych reguł. Projektując stroje, staram się wprowadzać nowe elementy. Dlatego część z nich jest strojami stylizowanymi na ludowe. Niekiedy ludowość mnie tylko inspiruje, a końcowy efekt dość daleko odbiega od wzorca. Bywa też tak, że przeglądając zbiory muzealne lub zawartość szaf moich klientek, odnajduję prawdziwe zabytki sprzed 150, 200 lat i przywracam stare wzory, już zapomniane, np. wzory geometryczne popularne w XVIII w. Renesans stroju góralskiego, który – zdawało się – zaczynał zanikać, nastąpił podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Wów-czas to na błoniach pod Nowym Targiem wystąpiło w ludowych strojach kilkadziesiąt tysięcy osób.
– Ci, co ich nie mieli, bo ich nie było stać, albo nie zdążyli uszyć, pożyczali od innych – mówi etnolog Dorota Majerczyk z Chabówki. Sa-ma dziś ma 13 strojów od Siekierki, a jej teściowa Zofia Majerczyk z Poronina – 30. Kolejne pielgrzymki Ojca Świętego do ojczyzny powięk-szały liczbę ubranych po góralsku ludzi.
– Złamany został jeszcze jeden kanon, – dodaje Andrzej Siekierka – Góralskie stroje zamawia się także dla dzieci, nawet dla niemowląt. Kiedyś zakładały je dopiero panny na wydaniu i kawalerowie w „wieku poborowym”.
Koronki wielkiej aktorki Góralski Versace ukończył (w 1974 r.) legendarną szkołę zawodową założoną w 1883 r. przez Helenę Modrzejewską. Wielka aktorka nie tylko wspierała ją finansowo, ale przekazała też do niej jako wzory koronkowe mankiety, gorsety, kołnierzyki ze swych sukien prywatnych i scenicz-nych. Pomyślana jako koronkarska, szkoła z czasem rozwinęła się o nowe kierunki kształcenia – tkactwo, obuwnictwo oraz projektowanie i szycie odzieży. Apogeum popularności osiągnęła w połowie lat 70. XX w., kiedy przeniosła się do wielkiego budynku z dwiema aulami, miała też dwa internaty.
– Było nas dwóch chłopaków na 540 uczennic – wspomina Andrzej Siekierka. – Bardzo trudno było się tam dostać. Niekiedy o jedno miejsce walczyło sto osób. Duży był odsiew w trakcie nauki. Na moim roku zaczynało 45 osób, a skończyło 28. Oprócz normalnego progra-mu licealnego mieliśmy wiele teoretycznych przedmiotów zawodowych, a do tego zajęcia praktyczne z rysunku artystycznego, technicznego, malarstwa, projektowanie odzieży, tkactwa, haftu, koronkarstwa. Odbywały się 2 razy w tygodniu i trwały po 6 godzin. W ramach tych zajęć szyliśmy stroje dla zespołów regionalnych lub ubrania dla ludzi z miasta. Szkoła miała z tego pieniądze. Większość absolwentów przyjmowa-ły Zakopiańskie Warsztaty Wzorcowe, odpowiednik „Cepelii” na naszym terenie. Absolwentów uważano za prawdziwych fachowców, niektó-rzy zasługiwali na miano artystów.
Nie boję się konkurencji
„Szpulki”, jak nazywano szkołę, zlikwidowano w latach 90. Dziś większość absolwentów pracuje w wyuczonym zawodzie, tyle że na własną rękę. Podobnie jak Andrzej Siekierka. Choć jest on najpopularniejszym i najmodniejszym krawcem na Podhalu, ma wielu konkurentów. Przeważnie takich, którzy szyją stroje stricte góralskie, ale również bardziej od niego awangardowych.
Renesans stroju góralskiego, choćby stylizowanego, trwa. Andrzej Siekierka ma kilkanaście stałych klientek z Kanady, Warszawy, Krako-wa, Bielska- Białej, prawniczek, prezesek banków, wziętych lekarek, pań bogatych i z fantazją, które dość dużo u niego zamawiają. Niektóre szyją stroje stylizowane na szlacheckie i w karnawale występują w nich na kuligach w Puszczy Kampinoskiej, Piskiej, Białowieskiej. Dużo też zamawiają zespoły regionalne. Siekierka w swoim życiu ubrał już kilka zespołów polonijnych, głównie z Belgii, ale też miejscowych: „Skalnych”, „Regle”, „Budorzów”, „Janotów” i „Majeranki”.
Pojawili się także nowi klienci – właściciele zajazdów i karczm. Tam trudno sobie wyobrazić, aby kociołek zbójnicki czy żeberka po góral-sku podawała na stół kelnerka–pingwin w czarnej spódnicy i białej bluzce. A moda na regionalną kuchnię właśnie nabiera w Polsce obrotów. O przyszłość pan Andrzej jest więc spokojny.