Proboszcz podniebnej krainy
Henryk Urbanowski
To jedna z nielicznych miejscowości w Polsce – mówi – pani Magda Rulska – gdzie po to, by zobaczyć szybujące po niebie ptaki, trzeba spojrzeć w dół. Choćby dlatego warto było przeprowadzić się z Warszawy do Gliczarowa.
Zwykle w jedną z niedziel lutego Gliczarów Górny, w którym wraz z turystami przebywa nie więcej niż 1500 osób, dodatkowo zaludnia się. Z całego Podhala, a nawet z głębi Polski, zjeżdżają się tu narciarze, by wziąć udział w Biegu Papieskim. Tysiąc, a może więcej, mężczyzn i kobiet w kombinezonach, z deskami u boku wypełnia gliczarowski kościół, uczestnicząc w mszy świętej. Ks. Szczepan Gacek odprawia ją przy ołtarzu, który podczas pielgrzymki Jana Pawła II w 1979 r. stał na lotnisku w Nowym Targu. Trasa biegu rozpoczyna się w miejscu obecnej lokalizacji ołtarza i prowadzi tam, gdzie stał pierwotnie.
Ks. Szczepan, proboszcz gliczarowski, urodził się w Gorcach, ale w dzieciństwie po wierchach nie chodził. Nie miał na to czasu. W wolnych chwilach pasł ojcowskie barany. Raz tylko wybrał się na Luboń Wielki i na Turbacz. Na pierwszą prawdziwą wyprawę, w Bieszczady, poszedł z grupą kolegów nielegalnie. W tajemnicy też ukończył kurs przewodników górskich.
–Ryzykowałem, że mogą mnie wyrzucić z seminarium duchownego – wspomina po latach – ale fascynacja górami była silniejsza od wpajanej nam zasady posłuszeństwa.
Zezwolenia na kolejną wyprawę początkowo nie dostał. Rektor krakowskiego seminarium niechętnie patrzył na działalność kleryków poza murami szkoły. Obawiał się, by w swe brudne sprawy nie wciągnęła ich bezpieka. Usilnie nagabywany, w końcu uległ i przerzucił odpowiedzialność na arcybiskupa. A ten (Karol Wojtyła) zgody, oczywiście, udzielił.
–Wróciliśmy cali i zdrowi, nikt nie narozrabiał, a bezpieka, przynajmniej wtedy, nikogo z nas nie inwigilowała
– kontynuuje ks. Szczepan.
Pierwsze narty kupił sobie za pierwszą księżowską pensję, kiedy pracował w Szczyrku. Jazda po stokach nie podobała się władzom kościelnym. Uważano, że takie rzeczy księdzu nie przystoją.
–Na mój temat krążyły wtedy po Szczyrku legendy – opowiada. – To mnie nie zniechęciło. Wyrobiłem sobie później również uprawnienia instruktora narciarskiego. Często udzielam lekcji turystom przybywającym do Gliczarowa.
Podczas kolejnych urlopów był na większości szczytów w Tatrach i Beskidach. Wtedy też zetknął się ze środowiskiem ratowników górskich.
– Ich poświęcenie i poczucie odpowiedzialności zaimponowały mi. Postanowiłem zostać jednym z nich. Przeszedłem przeszkolenie, zdobyłem kolejne stopnie wtajemniczenia. Minęło 27 lat od dnia, kiedy złożyłem przyrzeczenie ratownicze. Później zostałem też instruktorem ratownictwa. Co roku na dyżury w schronisku na Babiej Górze przeznaczam
200–300 godzin ze swojego urlopu. Biorę także udział w poszukiwaniach górskich rozbitków drogą radiową z Gliczarowa.
Ks. Gacka cieszy, że koledzy z GOPR-u nie stosują wobec niego taryfy ulgowej. Jest tak samo sprawny jak oni i na równych prawach (raczej na równych obowiązkach) bierze udział we wspólnych akcjach. Wiedzą, kim jest i jedyne czego mu oszczędzają, to słuchania przekleństw, którymi rozładowują napięcia w ekstremalnych sytuacjach.
Ile było tych zwykłych, prostych akcji ratowniczych, ks. Szczepan nie pamięta. Trzem osobom uratowali z kolegami życie w ostatniej chwili, dwojga uratować się już nie dało. To było w Tatrach.
W drugiej połowie lat 80. ks. Gacek znów podjął się działań „nielegalnych”. Prowadził na tatrzańskie szczyty grupy „przemytników”. Wyglądało to tak, że szła w góry jeszcze jedna wycieczka z księdzem na czele. Mieli wypchane plecaki, a w nich… dewocjonalia i literaturę religijną dla wierzących w Czechosłowacji, gdzie wyznawanie wiary napotykało na duże trudności. Transporty tego „trefnego towaru” przybywały do Polski z Watykanu, a do wiernych w Bratysławie, Nitrze, Pradze docierały okrężną drogą. Turyści zostawiali je najczęściej na Grzesiu w Tatrach Zachodnich, a stamtąd w umówione dni zabierali je taternicy z drugiej strony granicy. Raz tylko wpadły dwie osoby, bo podejrzenie wopistów wzbudziły ich puste plecaki. Sprawy im jednak wytoczyć nie mogli, bo… plecaki były puste. W ten sposób na plecach turystów przeniesiono przez granicę kilka ton ładunków. Na pamiątkę tej akcji wierni ze Słowacji w 1992 r. wystawili na Grzesiu, po polskiej stronie granicy, prawie 2,5-metrowy krzyż. Ks. Szczepan koncelebrował wtedy polsko-słowacką mszę świętą, a za ołtarz służył słupek graniczny. I wtedy przylgnął do niego żartobliwy tytuł kapelana przemytników. Od tej pory odprawił wysoko w górach wiele mszy świętych – na ulubionym Grzesiu, ale także nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, udzielał ślubów, m.in. w Dolinie Chochołowskiej. Często proszą go o to przewodnicy, turyści, ratownicy, mieszkańcy Podhala. Nie każdy ksiądz może podołać trudom wspinaczki.
Za jedno z ważniejszych górskich przeżyć uważa sprawowanie eucharystii na Giewoncie 19 sierpnia 2001 r., w setną rocznicę postawienia tam krzyża. Tego dnia z kilku miejsc na dole, po mszach świętych miały wyruszyć na Giewont pielgrzymki wiernych. Nie wszyscy dotarli na górę, bo nad Tatrami rozszalała się przed południem burza. Ks. Gacek z dwoma kolegami wyruszył wcześniej, w środku nocy. Mszę świętą pod krzyżem odprawił o godz. 5.15, kiedy nad górami wschodziło słońce. Była poświęcona niepełnosprawnym, ich opiekunom i parafianom z Gliczarowa. Transmitowało ją lokalne radio.
Dwie wsie na Skalnym Podhalu konkurują o miano najwyżej położonych w Polsce. Ks. Gacka te spory nie dotyczą. Przez dwa lata pracował w kościele w Zębie, a od siedemnastu w Gliczarowie Górnym. Kiedy go tu przeniesiono, we wsi stał już nowy kościół wybudowany z dużym zapasem. Według norm kurialnych, aby powstała parafia, potrzeba 1700 wiernych. Tymczasem w Gliczarowie było ich nieco ponad czterystu. Pomimo tego ks. Szczepan w 1999 r. parafię wyprosił. Zdecydował argument, że wieś się rozwija, a z roku na rok przybywa do niej coraz więcej turystów. Pobudowano dla nich pensjonaty, wygospodarowano pokoje gościnne, otwarto stołówki i bary, a przede wszystkim zainstalowano na stokach kilka wyciągów narciarskich. Choć – jak na gust niektórych – Gliczarów za bardzo pachnie nowizną, to i tak nie ma w górach drugiego takiego miejsca, gdzie wystarczy obrócić się na pięcie, by podziwiać najpiękniejszą panoramę Tatr, oglądać majestat Babiej Góry, Gorce, a nawet Beskid Wyspowy. W wydanym przez siebie folderze turystycznym ks. Szczepan napisał: „Kto raz przyjedzie, chce tutaj wrócić”. A nam powiedział, że największą zaletą Gliczarowa są ludzie – bardzo otwarci, życzliwi, gościnni i niezdemoralizowani.
–Jeszcze 10 lat temu nikt nie odśnieżał dróg do Gliczarowa – wspomina ks. Szczepan. – Po dwa tygodnie byliśmy odcięci od świata. Teraz można tu dojechać zawsze, przynajmniej jedną z trzech dróg.
Sam od roku ma quada, który doskonale pokonuje zaśnieżone drogi.
– Bez niego trudno byłoby mi dojechać z wiatykiem i po kolędzie do najbardziej oddalonych domostw. Podczas kolędowania nie zbieram pieniędzy, nie poruszam drażliwych tematów, na przykład tego, że ktoś z kimś żyje na tzw. kartę rowerową – dodaje. – Zależy mi na radosnej atmosferze tych duszpasterskich wizyt.
Gliczarowska parafia jest chyba jedyną na Podhalu, w której do pierwszej komunii śwętej dzieci przyjmowane są w Wielki Czwartek, na pamiątkę ustanowionej przez Jezusa Chrystusa Eucharystii. Ks. Gacek wprowadził też zwyczaj łamania się opłatkiem podczas pasterki zaraz po przekazywaniu sobie znaku pokoju.
–Kościół wypełnia wtedy chrzęst setek łamanych w skupieniu opłatków. Niesamowite wrażenie – mówi pani Magda Rulska.
Jesienią, zimą i wiosną częściej niż w sutannie można ks. Gacka spotkać w czerwonej kurtce GOPR-owca, a latem w czerwonym T-shircie.
–Biorę udział we wszystkich wydarzeniach we wsi – mówi gliczarowski proboszcz. – Właściwie nie przyjmowałem jedynie porodu, ale karetkę do położnicy przez radio wzywałem.
Ks. Gacek mieszka na plebanii samotnie, bez wikarego i gospodyni. To cena, jaką płaci za utworzenie tak małej parafii. Pomagają mu jedynie grabarz i organista.
–Przynajmniej nie tracę czasu na zbędne rozmowy z gospodynią – mówi ze śmiechem. – Sam sobie coś upichcę, sam wypiorę, wyprasuję, posprzątam. Ciekawych zajęć i planów mam coraz więcej, a czasu coraz mniej.
We wsi nie ma domu kultury, więc jego rolę przejmuje kościół, czyli ks. Gacek. Kilkanaście imprez rocznie, a do tego wydawana przez niego wiejska gazetka „Zbyrcok”. Przed wieczorną modlitwą, zanim położy się spać, włącza jeszcze krótkofalówkę. Z Gliczarowa jest doskonała łączność. Można stąd złapać Gdańsk, Włochy, a nawet Hiszpanię. I okazuje się, że w dobie czatowania po Internecie krótkofalarstwo ma wciąż wielu zwolenników.
– Półtora roku temu zorganizowałem tu ogólnopolski zlot krótkofalowców. Przybyło kilkadziesiąt osób, odwiedził nas też kardynał Franciszek Macharski w ostatnich dniach swej arcybiskupiej posługi.
Ludzie, którzy znali swoje głosy, często zakłócane przez trzaski, chcieli poznać się osobiście. Zobaczyć, jak wyglądają partnerzy wieczornych i nocnych seansów łączności. Przyjadą tu jeszcze nie jeden raz.