Archiwum numerów

zarejestruj się zaloguj się

Młyn, elektor i dwanaście księżniczek

Był sobie raz młynarz. I był młyn sprzed stuleci. Pewnego dnia głęboko pod tynkiem młynarz odnalazł inskrypcję w obcym języku. I od tego wszystko się zaczęło.

Zbigniew Trawiński pochodzi z młynarskiego klanu. Już prapradziadek mielił zboże na Kielecczyźnie. I od tamtego czasu sekrety profesji przechodziły z ojca na syna. Pan Zbyszek też wszystkiego nauczył się od ojca, los rzucił go na Łużyce, do Zgorzelca. Pracował w tamtejszym Famako, ale kiedy przeczytał ogłoszenie, że gminna spółdzielnia wydzierżawi młyn w Radomierzycach wsiadł w samochód i poje-chał.
– Młyn wyglądał dobrze, wszystkie urządzenia działały – wspomina pierwszy dzień, kiedy oglądał cztery piętra ponad stuletnich ma-szyn i urządzeń. – Byłem zaskoczony i oczarowany, bo cały system rur, przepustów wykonany był z materiałów, jakich się już nie spoty-ka. Wszystko drewniane, a pasy do przekazywania napędu były skórzane, tak jak sto lat temu. I wszystko w najlepszym porządku! Kiedy mechanizm chodził, słychać było jak drewno i stal grają pospołu. Od kiedy na rzece Witce powstała elektrownia wodna, młyn nie pracował już na wodę, a na prąd. Ale  działał doskonale. Pan Zbyszek rzucił Famako i przekwalifikował się na młynarza.
Minęły trzy lata i władze Zgorzelca ogłosiły przetarg na majątek po gminnej spółdzielni.
– Co było robić? Pozwolić, żeby ktoś go kupił i zostać bez środków do życia – rozkłada ręce pani Maria. – Sprzedaliśmy nasze mieszkanie w mieście, zaciągnęliśmy pożyczkę i przeprowadziliśmy się na wieś. Starszy syn nie mógł nam darować, bo sobie tu życia nie wyobrażał. Młodszemu od razu się spodobało. Miał wielkie podwórko nad rzeką, staw i dwa kroki do tajemniczego pałacu. Ja załamywałam ręce, bo przecież musieliśmy wyremontować część młyna na mieszkanie. I wcale się nie spodziewałam, że właśnie rozpoczyna się najpiękniejsza przygoda mojego życia.

Królewski szambelan
Włożyli w remont mnóstwo pracy. A kiedy człowiek pracuje, to nie poddaje się tym wszystkim czarnym myślom, że coraz mniej ludzi przyjeżdża z ziarnem do Radomierzyc. Zresztą pan Zbyszek wszystko na tych czterech kondygnacjach robił przecież zupełnie sam. Któregoś dnia postanowił poprawić obluzowaną lampę nad wejściem do młyna. Jak się do tego zabrał, tynk się posypał i zobaczył napis. Dziwny. Gotycki.
W tym czasie pani Maria odkryła w sobie nową pasję. Wędrowała po wsi, w której mieszka tylko trzysta dusz, i poznawała okoliczne barokowe mosty, lipowe aleje, olbrzymi park, pałac na wodzie, który wydawał się tak wielki jak ten królewski w Warszawie, kościół. I tę tajemniczą budowlę, znajdującą się za kościołem.
– Wówczas jeszcze nie wiadomo było, co to właściwie jest. W środku było mroczno i ponuro. Porozbijane bogate grobowce, część metalowych trumien rozpruta, kości pod ścianami... widać było, że Radomierzyce mają za sobą trudną historię.
– Dziś już wiemy – dodaje pan Zbyszek, że z wojny wieś wyszła bez szwanku. Panny z Zamku doczekały tu wyzwolenia. Kiedy komuniści je przepędzili za Nysę, wracały próbując przejść na naszą stronę po moście wysadzonym w powietrze. Podobno stały przed bramą i patrzyły, jak żołdacy rozgrabiają ich majątek.
Tę historię opowiedział im któregoś dnia niemiecki historyk, dr Hans Grosser. Jego ojciec przed wojną i w czasie wojny był w zam-ku leśniczym. Dr Grosser zobaczył napis nad drzwiami młyna i przetłumaczył go na polski: „Ponieważ stary, drewniany pierwotnie młyn chylił się już całkiem ku upadkowi, ogromnym trudem roku pańskiego 1700 wykonana została, całkowicie z kamienia, ta budowla, kosztem i wysiłkiem wielmożnego pana Joachima Sigismunda von Zieglera, pana i właściciela na Radomierzycach, mości szambelana Jego Królewskiej Mości króla Polski i Księcia Elektora  Saksonii”.
– Wow! – powiedział do siebie pan Zbyszek. I po raz pierwszy w życiu pomyślał, żeby z młynarki przekwalifikować się na turystykę. Zwłaszcza że im bliżej było Polsce do Unii Europejskiej, tym więcej do młyna zjeżdżało turystów i tym mniej rolników ze zbożem.

Tajemnica zamku nad Witką
Od zgłębienia losów Joachima Zieglera rozpoczęła się przygoda z historią Marii i Zbyszka.
– Zaprzyjaźniliśmy się z dr Grosserem, wypytywaliśmy go o wszystko, co dotyczy Radomierzyc, a on nie szczędził nam opowieści. Mamy więc dziś mnóstwo materiałów niestety tylko po niemiecku.
Po polsku historia zamku doczekała się ledwie kilku tłumaczeń Kilka lat temu w Serii Historia dla Myślących ukazała się praca Jerzego Rostkowskiego „Radomierzyce: Archiwa pachnące śmiercią” z podtytułem „Kto zabił Piotra Jaroszewicza?” Autor przywołuje wiosnę 1945 r., kiedy to polski oddział pod dowództwem młodego porucznika jako pierwszy przekroczył bramę niezwykłego pałacu na wodzie. Miały być w nim zgromadzone tajne archiwa gestapowskiej bezpieki z terenów całej Europy – od Bugu po Loarę, a także najcenniejsze precjoza i skarby zrabowane przez Niemców w trakcie ostatniej wojny. Już w 1940 r. gestapo zajęło pałac na swoje potrzeby, przesiedlając mieszkańców do jednego z kilku mniejszych obiektów.
Co tak naprawdę znajdowało się w zamku, nigdy się nie dowiemy: od maja do października Sowieci z niezwykłą starannością komplet-nie go zdewastowali, wywożąc do ZSRR co się dało całymi kolumnami ciężarówek. Rostkowski twierdzi, że były tu archiwa agentury w Europie. Może Stalin chciał je wykorzystać? Faktem jest, że w tajemniczych okolicznościach, tragicznie zginęło kilku żołnierzy, którzy w 1945 r. z przyszłym premierem PRL zobaczyli i zamek, i wszystkie jego skarby...
Naukowcy nie dają wiary tym rewelacjom. Ale tajemnica wciąż rozpala wyobraźnię.
– Wiadomo, że po Rosjanach zamek przejął WOP na swoją stanicę. A potem PGR. To dopełniło obrazu ruiny. Ponieważ zamek otoczony jest wodą, a brama była nieuszkodzona, PGR wypasał na trawnikach i w parku bydło. Nocą zapędzało się krowy do pałacowych komnat i po kłopocie – opowiada Zbyszek.
– Pomieszczeń w pałacu było tyle co tygodni w roku – 52, okien tyle co dni – 365, a kominów ile miesięcy – 12. Joachim von Ziegler żył w samym środku mistycznej epoki baroku i pragnął, żeby jego zamek był niezwykły – dodaje pani Maria. – Pewnie pragnął olśnić swe-go króla, Augusta II, a jemu trudno było dorównać, bo Zwinger w Dreźnie był wówczas najwspanialszą rezydencją Europy.
Nie ulega wątpliwości, że król August II Mocny bywał tutaj częstym gościem, ale informacje, że w Radomierzycach więził hrabinę Cosel budzą wątpliwości. Wiadomo też, że odwiedzali zamek królowie, cesarze, prezydenci i artyści. Zachwycały ich nie tylko architektura i otoczenie, ale też... księżniczki.

Dwanaście księżniczek
Szambelan JM Króla Polski Joachim von Ziegler, jeden z najzamożniejszych ludzi ówczesnego świata, zmarł bezpotomnie w roku 1734. Swój niebotyczny majątek zapisał Fundacji Joachimstein, którą założył. Był to świecki klasztor dla dwunastu księżniczek i ich przeoryszy. Dziewczę-ta, praktykujące ewangeliczki, mogły mieszkać w pałacu do ukończenia 35 roku życia albo też do dnia zamążpójścia, jeśli taką wyraziły wolę. Otrzymywały też dożywotnie pensje. Jeśli któraś odeszła na jej miejsce do pałacu mogła wprowadzić się kolejna tak, że panien zawsze było tutaj dwanaście.
– Joachim von Ziegler zapisał fundacji nie tylko pieniądze, ale także swoje posiadłości dzięki czemu mogła zatrudniać kilkadziesiąt osób służby dla księżniczek – wyjaśnia pan Zbyszek, przeglądając opasłe księgi z dziejami tego niezwykłego zamku – to z powodu dziewcząt przybywało do pałacu tylu sławnych ludzi.
Po wojnie Radomierzyce przeżywały trudne czasy. Jedynie młyn przetrwał właściwie bez szwanku. Wieś wyludniła się, krowy i zło-dzieje bezlitośnie zdewastowali pałac. Ocalał jeden kryształowy żyrandol. Miał szczęście, bo trafił do kościoła. Szabrownicy nie byli w stanie porozbijać 52 kamiennych posągów najwyższej próby które dla Ziedlera zaprojektował osobiście najsłynniejszy filozof i artysta oświecenia – J.J. Rousseau. Tymi zajęła się egzekutywa. Partia postanowiła, że dyrektor Kopalni Węgla Brunatnego „Turów” zabierze je do ośrodka wypoczynku świątecznego dla górników. Zerwano je z postumentów i odjechały. Razem z całymi ciągami rzeźbionych schodów...
Dostało się i kościołowi. Mimo że ma wiele okien, bandyci wybrali do rozbicia to z unikatowym witrażem... Skradziono nawet płytę nagrobną samego Zieglera. A niezwykłe barokowe mauzoleum, jakie postawił dla księżniczek, zostało bezdusznie zbezczeszczone. Sarkofagi panien z najlepszych europejskich rodów porozbijano kilofami.
– Ale mamy szansę na remont, bo ksiądz przygotował wniosek do Unii Europejskiej o sfinansowanie renowacji – opowiada pani Maria. – Na remont kościoła nie mielibyśmy szans, ale mauzoleów takich jak to jest w świecie ledwie kilka.
Pałac po ponad półwiecznej dewastacji doczekał się ratunku. Przed kilkoma laty, śladem pana Zbyszka, który ocalił młyn, warszawski przedsiębiorca kupił pałac i rozpoczął remont. Wymienił wszystkie okna i dachy w kilkunastu obiektach na wyspie.
Kilka lat temu Zbyszek i Maria zamknęli młyn i przekwalifikowali się na przewodników.
Z każdym dniem przybywa zwiedzających zainteresowanych zabytkowym młynem i całą wsią. Maria ma klucze od wszystkich obiektów i każdego dnia się uczy. Niektórzy przyjeżdżają tu, żeby zobaczyć lipowo-dębowe aleje, inni aby sfotografować płytę nagrobną rycerza De Losofa.
– To najstarszy nagrobek w Łużycach, pochodzi z 1313 roku – podkreśla pan Zbyszek. Dziś, po dziesięciu latach, wiele tajemnic Radomierzyc udało mu się rozwiązać. Odkąd zaczęli przyjmować turystów, ich wiedza się poszerza.
– Zdarza się, że przyjeżdżają tu ludzie, których rodziny były związane z Fundacją Zieglera, przywożą nam kopie dokumentów, zdjęcia, pamiątki, na przykład kronikę Radomierzyc! Znaleźliśmy w niej pierwszy zapis na temat młyna. Już w 1444 roku był tu młynarz. Nazywał się Ernst Nickel. Wtedy właścicielem wsi był rycerz Polenz.
– Cieszę się, że zdecydowaliśmy się na turystykę, bo nie wiem, jakbym sobie poradził dzisiaj jako młynarz. Ostatnie lata to była przecież kontrola za kontrolą. Do tego VAT nas dobijał. Bo sprzedawałem mąkę, pieniędzy za nią nie widziałem miesiącami, a podatek mu-siałem uiścić. Więc zapożyczyłem się i płaciłem.
Teraz są szczęśliwi. Spotykają mnóstwo ludzi. I mogą pokazać im jeden z najpiękniejszych zakątków naszego kraju.
Podobno stworzony został z miłości. Podobno Joachim von Ziegler und Kliphausen pokochał w życiu tylko jedną kobietę. Ale ona po-stanowiła poświęcić się Bogu. Podobno zbudował to wszystko dla niej. I ufundował Joachimstein tylko dlatego, żeby mogła zamieszkać tu na zawsze.

Autor: Janusz Słoma
wstecz do góry