Na hali, na hali
Ma 82 lata i dobrze pamięta, że przed wojną w jego rodzinnym Jurgowie na Spiszu pełniono straż nocną. W przypadku niebezpieczeństwa – powodzi lub pożaru – dęto w bawole rogi.
Andrzej Haniaczyk, bo o nim mowa, jest jednym z najbardziej kompetentnych na Podhalu znawców pasterskich instrumentów. Ich wytwarzanie to jego wielka pasja i sposób na życie. Zaraził tym swego syna Jana. Obaj uratowali od zapomnienia wiele regionalnych pieśni i tańców, opisując je w pracach naukowych, m.in. w leksykonie „Tańce polskie”.
Tak to się zaczęło
Ponad pół wieku temu, kiedy pan Andrzej był dyrektorem szkoły podstawowej w Jabłonce, założył dziecięcy zespół pieśni i tańca „Mała Orawa”. Zespół zrobił furorę, a pana Andrzeja poproszono, by poszerzył jego skład i program. 6 lat później powstało „Małe Podhale” skupiające uzdolnioną muzycznie i tanecznie dzieciarnię z Orawy, Podtatrza i Spisza.
Przez lata przewinęło się przez „Małe Podhale” kilkanaście pokoleń tancerzy, muzykantów i śpiewaków. Zespół objechał całą Polskę, dał ponad tysiąc koncertów, brał m.in. udział w centralnych dożynkach na Stadionie X-lecia, występował w Sali Kongresowej. Podejmowany i oklaskiwany był w całej Europie. Dobrym pomysłem było wprowadzenie do programu zespołu scenicznych zabaw, gier i wyliczanek. To wzbogacało i ożywiło repertuar. Jedną z takich zabaw była gra na pasterskich dzwonkach.
– Wykonane z blachy dzwonki, nigdy wcześniej nie były instrumentem muzycznym – wspomina pan Andrzej. – Nosiły je na szyi owce, a te większe, o rozmiarach średniego garnka – woły. Dzięki tym dźwiękom pasterzom łatwo było zwierzęta odnaleźć, gdy zgubiły się gdzieś w krzakach lub lesie. Kiedyś bawiłem się takim dzwonkiem i upadł mi na podłogę. Nieco się odkształcił, a ja zauważyłem, że przez to zmienił dźwięk. Zacząłem kombinować – kontynuuje. – Najpierw stworzyłem dźwiękową tercję, a później całą gamę.
Wkrótce pasterskie dzwonki – artystycznie wykonane, wiszące na małych paskach ze skóry z wytłaczanym ornamentem i ozdobną klamrą – stały się jedną z najchętniej kupowanych przez turystów pamiątek z Podhala. Zaczęli je zbierać kolekcjonerzy. Dziś imponujący zbiór autentycznych wielkich dzwonków bawolich można obejrzeć w bacówce na Siwej Polanie, jadąc z Kościeliska do Witowa.
Piszczałki i fletnie
Drewniane piszczałki należą z kolei do najstarszych instrumentów, jakie wymyśliła ludzkość. Można je spotkać na całym świecie, we wszystkich kulturach. To one dały początek – po udoskonaleniu – takim instrumentom, jak choćby flet i fagot. Pasterzom na halach niosły radość muzykowania, były sposobem na zabicie nudy i pierwszym krokiem w muzycznej edukacji.
Zespół połączonych ze sobą piszczałek przypominających prymitywne organki nazywa się fletnią Pana. Grali na nich Inkowie w An-dach i górale we wschodnich Karpatach, a także starożytni Grecy. Jeden z zachowanych na antycznej wazie rysunków przedstawia gra-jącego na fletni poetę Owidiusza. W XX wieku instrument ten włączyli do orkiestr kompozytorzy muzyki poważnej. Światową sławę, wy-stępując w największych salach koncertowych, zdobył francuski wirtuoz pochodzenia rumuńskiego, Gheorghe Zamfir, grający właśnie na fletni Pana.
– Szczerze mówiąc, nie lubię tej nazwy – mówi zakopiański architekt i pasjonat góralskiej muzyki, Jan Karpiel-Bułecka. – Do nas na Podhale ten instrument wprawdzie nie dotarł, ale był znany na wschodnich Kresach, nazywał się multanką, czego ślad pozostał w kolędzie: „Pasterze śpiewają, na multankach grają…”
Druga młodość
Równie starożytny rodowód mają rogi. Występowały wszędzie tam, gdzie hodowano krowy i bawoły i gdzie można było upolować antylopę. W Europie znane były w całych Karpatach, ale także w Alpach, w Austrii, Bawarii i Szwajcarii. Dały początek rogom myśliwskim i tzw. rożkowi angielskiemu. Początkowo miały znaczenie głównie sygnalizacyjne, obwieszczające ważne wieści. Rogami zapewne były też słynne trąby jerychońskie.
Z czasem na rogach zaczęto wykonywać bardziej skomplikowaną muzykę, zestrajając i harmonizując dźwięki rogów różnej wielkości. Pan Andrzej Haniaczyk ma całą ich kolekcję. Przez wiele lat obiektem jego marzeń był róg o ponad metrowej długości pochodzący od wołów wypasanych niegdyś na węgierskiej Puszcie. Aby go zdobyć, podjął nawet wyprawę na Węgry, lecz po kilku dniach wrócił z pustymi rękoma. W końcu dopiął swego. Róg jest dziś ozdobą jego domu.
Haniaczykom oraz kilku innym muzykantom przypada w udziale doroczne sygnalizowanie na jeszcze jednym instrumencie: trąbitach rozpoczęcia Międzynarodowego Festiwalu Ziem Górskich w Zakopanem. Odbywa się zwykle na przełomie sierpnia i września i uznawany jest za najlepszy festiwal folklorystyczny na świecie.
Andrzej Haniaczyk wykonał już kilka takich długich tulei wydrążonych w pniu zdrowego smreka (świerku), wąskich u ustnika i rozszerzających się u wylotu. Niektóre z nich mają więcej niż 3 m długości. Trzeba mieć niezłe płuca, by wydech doleciał do końca i opuścił trąbitę w postaci majestatycznego dźwięku, a do tego prowadzić „rozmowę” pomiędzy instrumentami lub zestrajać je w jedno. Ręce zresztą też muszą być krzepkie, by taki instrument utrzymać w powietrzu.
W kulturze ludów pasterskich występował jeszcze jeden ważny instrument o wielu nazwach. To kobzy/ kozy/ dudy. – Na terenach Pol-ski mamy do czynienia z dwoma typami dudów – mówi ich wybitny znawca Jan Karpiel-Bułecka, który także na dudach gra. – To typ za-chodni, znany wśród górali Żywiecczyzny i popularny w Wielkopolsce, oraz typ południowo-wschodni, który przywędrował na Podhale wraz z ludnością wołoską. Kiedyś dudziarz zastępował całą kapelę – twierdzi. – Tak jak dziś akordeonista.
Dudy są instrumentem uniwersalnym – mają basy, prym i sekund, chociaż są ograniczone do 6 tonów. Dudziarze byli rozrywani, wy-stępowali w karczmach i na weselach, często grali w duecie ze skrzypkiem. Pan Jan poświęcił całe lata, studiując stare ryciny, fotografie i opisy zgromadzone w Muzeum Tatrzańskim.
Dudziarzy zamawiali i brali ze sobą kosiarze udający się na kośbę, aby było im weselej. Dudy zaczęły stopniowo zanikać pod koniec XIX wieku, kiedy to ukształtował się obecny typ góralskiej kapeli składającej się z dwóch skrzypków: prymisty i sekundzisty oraz basisty. Dudy zeszły na margines i ostatni gazdowie, którzy na nich grali, Mróz i Galica traktowali swoją grę komercyjnie, pod turystów, którym ten instrument się niebywale podobał.
Dziś dudy przeżywają renesans. – To wielka zasługa Tomka Skupnia seniora – twierdzi pan Jan. – Wyprodukował kilkanaście znakomitych egzemplarzy. Bez niego nie wiedzielibyśmy, jak grały, bo Mróz, którego jeszcze moje pokolenie mogło posłuchać, miał instrument całkowicie rozstrojony. Brzmiał, jakby się koty marcowały.
Dzięki Tomkowi Skupniowi i jego synowi zespoły dudziarskie grają na Podhalu, a na Słowacji i w Czechach organizowane są festiwale, w których biorą udział polscy muzycy. Ten malowniczy i ciekawie brzmiący instrument, nadal wzbudza aplauz publiczności.
Autor: Henryk Urbanowski