Ojciec im się nie dziwi
Sołtys Zbigniew Bednarski z Koła w gminie Brody wojny nie przeżył, bo za młody. Ale jego synowie to i owszem. Pa-weł wrócił właśnie z Afganistanu, a Marcin z Iraku.
Rodzinne przyjęcie na cześć wojaków przygotowały kobiety. Sołtysowa Łucja Bednarska ugotowała rosół z makaronem. A na drugie kur-czaka i swojskie ziemniaki oraz gołąbki na dokładkę. Ewa Bednarska, żona Marcina, zrobiła sałatkę z warzyw, upiekła ciasto. Gabrysia Bednarska, żona Pawła, przyniosła sałatkę z makaronem, upiekła dwa ciasta. Reszta, czyli napoje, w tym nalewka na miodzie, leżały do obowiązków sołtysa Zbigniewa Bednarskiego.
A jeszcze kilka godzin wcześniej nie było wiadomo, czy do spotkania w tym gronie dojdzie. Bo samolot, którym z Iraku wracał pod koniec lipca Marcin, Turcy zawrócili do Kuwejtu. – Z tego wszystkiego omal rozstroju żołądka nie dostałem – wspomina sołtys. – Szefostwo wojska nie powiadomiło nas, kiedy chłopaki przylatują. Tylko od Marcina wiedziałem, że w sobotę w południe będzie we Wrocławiu, a pod wieczór zjedzie do domu. Minął wieczór, mijała noc a syna jak nie było, tak nie było...
– Turcy nie zezwolili na przelot – wyjaśnia Marcin. – Amerykanie dali im cynk, że będziemy o dwunastej, a przylecieliśmy dwie godzi-ny wcześniej. No to zawrócili nas do Kuwejtu.
Mała pójdzie na wojnę
Ewa, żona Marcina też wychodziła z siebie. – Jeszcze trochę, a bym urodziła z tych nerwów – śmieje się. – Tyle strachu, co w tę noc nie najadłam się przez całe pół roku.
Ewa jest w dziewiątym miesiącu ciąży. Gdy Marcin wyjeżdżał na wojnę, zabrał ze sobą zdjęcie USG ich maleństwa. – Miało trzy miesiące, ale płci jeszcze nie znałem – mówi. – I dalej nie wiem, czy to chłopak, czy dziewczynka. Najważniejsze, żeby było zdrowe.
Ewa już wie. Ale nie powie. Nikomu. To ma być niespodzianka. Dla wszystkich. – A jak urodzą się trojaczki, to co? – wypytuje sołtys.
– No to za jednym ciągiem będziemy mieli trójkę – całkiem poważnie odpowiada przyszły tata.
Ewa rodzić będzie z Marcinem. Taki postawiła warunek.
– Inaczej już dawno maleństwo byłoby na świecie, bo mnie brało kilka razy, a ostatnio wczoraj w nocy – przyznaje. – Ale czekałam na niego. Wrócił, więc już możemy rodzić.
– A jak będzie córka, to i tak wyślę ją na wojnę – droczy się Marcin.
– Bo będzie silna jak tata i mądra jak mamusia – śmieje się Ewa.
W lipcu minęły 4 lata, odkąd Ewa i Marcin są małżeństwem. Mieszkają w Grabicach koło Gubina. Ona właśnie wzięła urlop macierzyński. On jest kapralem, pracuje w jednostce w Żaganiu, w batalionie dowodzenia. Gdy 5 lat temu podpisywał kontrakt z wojskiem, miał świadomość, że któregoś dnia będzie musiał wyjechać na misję. Tylko nie wiedział gdzie, bo wojny w Iraku jeszcze nie było.
– Każdy żołnierz kontraktowy musi zaliczyć misję, inaczej może mieć wojsko z głowy – komentuje.
Do Iraku wysłano go w styczniu. Najpierw był w Al. Kut, potem w Diwaniyah. Pracował w łączności.
– Podkładałem kable – uśmiecha się. – Za bazę nie wyjeżdżał. Chyba że do ósmej dywizji irackiej, ale droga tam prowadząca była bezpieczna. Mówi, że misja była ciekawa.
– Co zapamiętam? Hm... Na pewno ostrzały... Wtedy adrenalina nam podskakiwała.
Notował każdy. W kalendarzu, który wisiał w jego kontenerze. W sumie naliczył ich 79. – Najgorszy był ten pod koniec czerwca – wspomina. – Aż 77 rakiet i pocisków z moździerzy spadło tamtej nocy. Trafiły w amerykańskie kontenery. Wyglądały potem jak szwajcar-ski ser. Na szczęście wszyscy uciekli do schronu, inaczej byłaby masakra.
Marcin nie krył przed Ewą niczego. Do Iraku zabrał laptopa. Drugiego kupił synowej sołtys, żeby mieli stały kontakt.
– Widziałam zdjęcia spalonej pralni – mówi Ewa. – Wiedziałam, co tam się dzieje. Pewnie, że się bałam. Ale wolałam być na bieżąco. Bo wtedy łatwiej to wszystko przeczekać.
Ewa wysyłała Pawłowi swoje zdjęcia, żeby widział, jak jej brzuch rośnie.
Winko i bimber
– W Afganistanie też jest wojna?
– Tak – bez namysłu odpowiada Paweł. – Amerykanie tłuką non stop.
– Ale w Iraku grzeją więcej – wtrąca Marcin.
– I tu grzeją, i tam grzeją. Wojna to wojna – sumuje sołtys. I wznosi toast za szczęśliwy powrót wojaków do domu.
Ale wojacy nie piją. – I nie palą – podkreśla sołtysowa.
Raz Paweł wyłamał się z zasad. I w Afganistanie wychylił łyk wina gronowego. Bo właśnie wypadała pierwsza rocznica ślubu, więc nie mógł nie wypić. No a jeszcze wcześniej trafił się Dzień Ojca...
– A było tak: kucharz załatwił nam 15 kilo cukru. My z difaku znosiliśmy winogrona i wodę w butelkach, Amerykanie dali nam kulery. Trzy tygodnie winko dochodziło, a potem brało się wężyk od fajki wodnej i przyjęcie gotowe!
– W Iraku mięliśmy bimber – wtrąca Marcin. – Ukraińska specjalność. Jak go robili? Nie mam pojęcia, bo jak jabłko trzymałem mie-siąc, to nawet nie zwiędło.
– Oj chłopaki, wy tylko o tej wojnie gadacie – sumuje Gabrysia. I przekazuje mężowi Oliwię W październiku ich córeczka skończy ro-czek. Gdy Paweł ruszał do Afganistanu, miała pięć miesięcy. – Tęskniłem za wami, oj tęskniłem – podrzuca małą do góry. – Na szczęście krótko – dodaje Gabrysia.
W bazie w Ghazni Paweł spędził trzy miesiące. Zaliczył 10 patroli kołowych i 6 nocnych „na nogach”. – Stajesz na coś twardego i nie wiesz, czy to kamień, czy mina – mówi. – Bałem się jak cholera... Trochę żałuję, że musiałem wracać.
Do kraju odesłał Pawła amerykański lekarz. Kilkanaście dni temu. Bo odezwała się kontuzja kolana sprzed dwóch lat. Gdy wylądował na lotnisku w Warszawie, zaraz podjechała karetka i na sygnale zawiozła go do wojskowej kliniki. A tam pielęgniarki obstawiły bohatera z Afganistanu i wypytywały, jak jest na tej wojnie.
– Gdybym mógł, to bym tam wrócił – wzdycha. – Ale już się nie da.
Z Afganistanu przywiózł 500 zdjęć. I trochę prezentów: fajkę wodną dla ojca („Afgani palą w takiej narkotyki”), biżuterię dla Gabrysi, dla Oliwi kożuszek i grającego wielbłąda. A dla siebie składany pierścień. Za służbę dostał list pochwalny od generała Tomaszyckiego. Do brązowego medalu zabrakło mu czterech patroli.
Paweł z Gabrysią i Oliwką mieszkają w Brodach. Ona nie pracuje. On po przerwie „na Holandię” wrócił do wojska. Od kilku lat służy w Międzyrzeczu i ma belkę mniej od Marcina.
Kalesony czekały
Sołtysowa Bednarska jest szczęśliwa. Nareszcie wszyscy w domu. – Oj, co się napłakałam, to się napłakałam – mówi. – A najbardziej za Pawłem, bo taki wrażliwy, uczuciowy...
Sołtys Bednarski jest dumny, że synów wychował na porządnych ludzi: odpowiedzialnych, odważnych, mądrych. – Chcieli pokosztować czegoś innego, chcieli zobaczyć, jak wojaczka wygląda, no to zobaczyli – mówi. – I ja im się nie dziwię.
Bednarski też był żołnierzem. Przez dwa lata w Komorowie jeździł jako kierowca – sanitariusz. – Miałem dwie bele i służbę co niedzielę – żartuje.
Wojny żadnej nie zaliczył. Bo gdy Układ Warszawski jechał robić porządki w Czechosłowacji, był dzieciakiem. Potem mógł jechać do Li-banu, ale właśnie zakochał się w Łucji. Gdy nastał stan wojenny, myślał, że rezerwistów też zabiorą.
– Koszulka, kalesony, majtki, pasta do zębów... wszystko spakowane czekało na rozkaz – wspomina. – Swata zabrali od razu, a ja nigdzie nie pojechałem. I chyba dobrze. Bo ja od wojny jak najdalej...
U Bednarskich jest jeszcze jeden syn: Adrian. Ma 17 lat i o wojsku nawet słyszeć nie chce.
Autor: Danuta Kuleszyńska