Archiwum numerów

zarejestruj się zaloguj się

Zróbmy sobie wino

Jeszcze w tym roku na sklepowe półki trafi pierwsze polskie wino, a nasze winnice już stały się lokalną atrakcją dla turystów. - To nie fanaberie bogaczy, ale szansa na prawdziwy biznes – mówi Krzysztof Potocki z Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.


Bożena Sobiech


Kiedy Lech Jaworek postanowił, że zostanie winogrodnikiem na polach podwrocławskiej Miękini, nie wiedział, że wraca do chlubnej tradycji tych ziem. Dopiero kiedy po raz pierwszy zasadził winorośla, w 2001 r. wpadł mu w oko herb sąsiadującej z Miękinią Środy Śląskiej. Widnieje na nim wizerunek orła piastowskiego i krzew winorośli. Krzew znalazł się tam nie bez kozery.


– Ucieszyłem się, kiedy zobaczyłem dziewiętnastowieczną mapkę okolic Miękini, na której jedno ze wzgórz nosi jeszcze nazwę Winnego. A w Środzie do dziś takie istnieje! To mnie utwierdziło w przekonaniu, że dobrze robię.


I oto na Jaworkowym polu nieśmiało przyjmowały się pierwsze trzy hektary sprowadzonych z Niemiec gatunków: dunkelfelder, biały burgund, mueller thurgau, elbling, pinot noir, riesling, rulaender...


Sąsiedzi z pobłażaniem pukali się w czoło: – Jakie wino można wyprodukować w naszym klimacie?!
Dziś winorośl w Miękini zajmuje już 24 ha, a w winiarni dojrzewa czwarty rocznik wina.

Winorośl zamiast owsa
Lech Jaworek, z zawodu technik samochodowy, pochodzi z Wrocławia. W oddalonej o 25 km Miękini zamieszkał w latach 80. W halach wynajmowanych od Spółdzielni Kółek Rolniczych zatrudniał kilkadziesiąt osób przy produkcji urządzeń dla górnictwa. Interes szedł coraz lepiej, a jego właściciel coraz bardziej czuł żyłkę przedsiębiorcy. W końcu wynajął, a potem odkupił budynki po dawnym PGR.
Agencja Własności Rolnej postawiła jednak warunek – pozbędzie się nieruchomości, ale razem z ziemią – 120 ha.


– Nie byłem tym zachwycony, bo co robić z takim areałem? – opowiada. Na początku siał owies dla kilku swoich koni. Inspiracja pojawiła się, kiedy przeczytał w gazecie artykuł o człowieku, który przed wojną mieszkał we Francji, a potem osiadł we Wrocławiu. Na przydomowej działce uprawiał winorośl i twierdził, że w naszym klimacie można to robić, a wino jest jak francuskie!


Dziś pan Lech ocenia: – Sporo wtedy ryzykowałem, ale przecież nie wszystko. Miałem z czego żyć, nie szukałem pieniędzy, tylko pomysłu na coś wyjątkowego. W księgarni kupiłem jedyną chyba dostępną książkę Romana Myśliwca, nestora współczesnego polskiego winiarstwa z Jasła. Ale u kogo miałem szukać praktycznych rad? Dookoła ludzie sadzili najwyżej kilka krzaczków przy domu.
O samym winie Jaworek też niewiele wiedział. – Pijałem je rzadko, najczęściej na wczasach w Bułgarii. W upalne dni wydawało się rześkie i smaczne. Po rady zwrócił się do sprzedawców sadzonek, między innymi do Władysława Deptuły zLubina, który uprawia winorośl i handluje sadzonkami od ok. 20 lat. – Po spotkaniu z Deptułą podjąłem decyzję – obsadzam pole! – wspomina. Razem z nim później jeździł za granicę – podglądać fachowców. – W Niemczech, Francji, Austrii – wszędzie się dziwili: „W Polsce wino?”
– opowiada o pierwszych doświadczeniach. – Ale odkrywali swoje tajemnice. – Traktowali ich jak marzycieli. „Z Polski?” – pytali z pobłażliwym uśmiechem, machali ręką i zlecali pracownikom: „Pokażcie im wszystko, potraktujcie jak najlepiej” – dodaje Grzegorz Nowakowski, dziś prawa ręka Jaworka.


Pierwsze wino przez telefon
W Niemczech pan Lech zaprzyjaźnił się z Andrzejem Krasowskim, Polakiem, który od 15 lat jest cenionym specjalistą (niem. kellermeister) w winiarskiej posiadłości w Palatynacie. Tej, w której do dziś w trunki zaopatruje się były kanclerz Helmut Kohl.


Pierwszy zbiór w Miękini odbył się jesienią 2003 r.
– Mały, ale bardzo pocieszający. To były niesamowite przeżycia! Radość, że się w ogóle urodziło! Zwożenie, ręczne wyciskanie prasą, kupioną w Czechach, pierwsza fermentacja… Teraz się śmiejemy, że tamto wino było robione przez telefon. Wciąż wisieliśmy na słuchawce i dopytywaliśmy Andrzeja: co dodawać, kiedy wyciągać, jaka temperatura, jakie drożdże… Tyle uciech, a po jakimś czasie jeszcze całkiem niezły smak pierwszego wina… Niezapomniane chwile.


Jeszcze tylko przepisy…
Jednak do tej pory na swoim winie Jaworek nie zarobił ani jednej złotówki.
Wprawdzie w 2005 r. Polska została zaliczona do państw winiarskich w strefie A, obok np. Belgii, Holandii czy Wielkiej Brytanii. A to znaczy, że możemy produkować i sprzedawać wino z winogron z własnych upraw. Ustawodawca zobowiązuje jednak właścicieli nawet niewielkich winnic do produkcji wina w tzw. składach podatkowych. Trzeba więc mieć własne laboratorium i podlegać nadzorowi urzędnika celnego. Do dziś nie uporał się z tym żaden polski winiarz. Impas zamierza przełamać właśnie Lech Jaworek: – Jestem gotowy, by jeszcze w tym roku załatwić wszystkie formalności i uruchomić sprzedaż. Oszacował już cenę: – Butelka dobrej jakości wina białego powinna kosztować ok. 20 zł, czerwonego – 40-50 zł. Swoje wina ocenia raczej skromnie: – Są poprawne, pijalne…
Ale kiedy pochyla nos nad kielichem, wypełnionym rieslingiem z 2004 r., na twarzy pojawia się zadowolenie: – Słyszałem, że mają bardzo dobry bukiet. Raz zaszalał i na butelkę czerwonego wina z Burgundii wydał 400 zł. – Chciałem sprawdzić, co w tym winie tyle kosztuje. Dla nosa ani jednej ciekawostki. Za to po pierwszym łyku poczułem doskonały smak. O co chodzi z tą ceną, zrozumiałem po dwóch kwadransach, kiedy wino postało sobie w kieliszku – aromatyczna rewelacja!


Klimat na dobry biznes
Jesienią na Dni Wina do Środy Śląskiej przyjechał Krzysztof Potocki, naczelnik wydziału wyrobów winiarskich i napojów spirytusowych w Ministerstwie Rolnictwa i Roozwoju Wsi. Zajrzał też do winnicy Jaworka. – Nie do winnicy, tylko na obszar uprawy winorośli, bo właściciel nie ruszył jeszcze z produkcją na sprzedaż – poprawia, jak przystało na urzędnika. – Ale oceniam, że jest w czołówce wśród kilku tych, którzy mogą to zrobić. Uprawa imponująca. Próbowałem też wina – smak, kolor – bardzo dobre.
Czy winiarstwo w Polsce to nie fanaberie bogaczy?

– Jakby to były fanaberie, to nie siedzielibyśmy tyle nad przepisami – zapewnia Potocki. – Dziś w Polsce mamy 2 tys. upraw winorośli na 155 hektarach, głównie w okolicach Zielonej Góry, w Małopolsce, Jaśle, i największą – właśnie w Miękini. Ale ludzie sadzą winorośl też i niedaleko Warszawy, a nawet pod Suwałkami! Klimat się zmienia...


Tymczasem Lech Jaworek nie zasypia gruszek w popiele. Na oku ma już kilka następnych miejsc pod uprawy.


wstecz do góry