Taras z widokiem na Śnieżne Kotły
Aktor Jarek Góral, znany z „Ballady o Januszku”, prowadzi dziś z żoną pensjonat
w Karkonoszach. Goście są zachwyceni niepowtarzalnym nastrojem tego miejsca.
Dom stoi na wzgórzu, zawieszony na skarpie. Rozciąga się stąd zapierający dech
w piersiach widok na Śnieżne Kotły. – W 1992 r. dom był zniszczony, zapuszczony, nikt
o niego nie dbał – opowiada Jarek Góral. – Gdy dowiedzieliśmy się, że jest na sprzedaż, decyzję podjęliśmy natychmiast.
Najpierw do wymiany poszedł dach. Potem trzeba było zerwać wszystkie tynki, położyć nową instalację elektryczną, wodną i kanalizację. Renowacja trwała przez siedem miesięcy.
Kupując dom, Jarek i jego żona Jola nie znali historii budynku. Nie wiedzieli, kim byli przedwojenni mieszkańcy. Ustna tradycja w tych rejonach została zerwana w 1945 r., kiedy to zamieszkujący miasto Niemcy uciekli przed zbliżającym się frontem, a ci, którzy zostali, opuścili swój Heimat kilka miesięcy później. Ktoś tylko pamiętał, że to jeden z młodszych domów w Jagniątkowie. Potem udało się ustalić, że pochodzi z 1927 r. Wybudował go niemiecki oficer z myślą o swych dzieciach.
Burzliwe losy Jagniątkowa
Jagniątków nazywał się przed wojną Agnetendorf. Budowali tu domy zamożni mieszkańcy Berlina i Breslau. Było bardziej kameralnie niż w pobliskim Karpaczu czy Szklarskiej Porębie, i bardziej snobistycznie. A co za tym szło – znacznie drożej. Splendoru miejscowości dodawał Gerhard Hauptman, niemiecki pisarz, noblista (1912), który w Agnetendorfie spędził kilkadziesiąt lat życia. Dziś w pięknie odrestaurowanym pałacyku Hauptmana znajduje się muzeum poświęcone jego twórczości.
Wiosną 1945 r. większość mieszkańców wyjechała z Agnetendorfu w obawie przed zbliżającym się frontem. Ich domy zajęli przybysze
z centralnej i wschodniej Polski.
Przez pierwszy powojenny rok miejscowość nosiła spolszczoną nazwę Agnieszków. Potem zmieniono ją na Jagniątków („agnus”
w języku łacińskim oznacza właśnie jagnię). I tak już zostało.
Wizyta starszej pani
Hildegarda Haefenmaier po raz pierwszy zobaczyła dom swojej młodości pod koniec lat 80. Była to smutna wizyta: dom stał zaniedbany, a jego nowi mieszkańcy w ogóle nie chcieli rozmawiać z Niemką. Kilka lat później odważyła się przyjechać ponownie.
W ten sposób Jarek i Jola Góralowie poznali przedwojenną mieszkankę domu.
– Bardzo miłe spotkanie, które i nam, i jej zapadło w pamięć – wspominają po latach. – Nie było w niej żalu, buntu ani pretensji. Jedynie sentyment i radość. Cieszyła się, że dom, w którym spędziła dzieciństwo wciąż istnieje, i to w doskonałym stanie, oraz że mieszkają w nim ludzie, dla których to miejsce jest ukochanym skrawkiem ziemi.
Pani Haefenmaier dostała od Joli kilka fotografii, które Jarek znalazł na strychu podczas remontu. Przeleżały tam nieodkryte przez dziesięciolecia. Jedno ze zdjęć było komunijną fotografią brata Hildegardy Haefenmaier, który nigdy nie wrócił z frontu wschodniego, gdzie walczył w czasie wojny.
„Panie, i tak poszłaby do pieca...”
Myśl o tym, żeby prowadzić niewielki rodzinny pensjonat, chodziła za Jarkiem od dawna, ale jej realizacja nie była prosta. Po pierwsze, pensjonat, w którym przyjmuje się gości, jest czymś innym niż dom przeznaczony tylko dla siebie. Po drugie, wymaga znacznie większych nakładów finansowych, a w czasie martwego sezonu (październik – listopad i marzec – kwiecień) są małe szanse na to, by ktoś poza przyjaciółmi, przyjechał. – Ale to i tak lepiej niż nad morzem. Tam martwy sezon trwa mniej więcej pół roku – pocieszał się Jarek.
Żeby zarobić na remont domu, wyjeżdżali oboje na Zachód. – Ten facet nie boi się żadnej pracy, a szacunek zdobywa swą pracowitością – mówi o swoim mężu Jola.
– W rozbudowie domu pomógł przypadek – kontynuuje opowieść Jarek. – Pewnego dnia, jadąc samochodem, zauważyłem, że kilka osób rozbiera starą, 110-letnią stodołę. Zatrzymałem się i podszedłem – opowiada. – To była piękna, drewniana przedwojenna poniemiecka stodoła. Zapytałem, czy mogę kupić jej szkielet. „Nie ma sprawy, panie, i tak poszłaby do pieca”.
W ten sposób drewniana konstrukcja trafiła do Jagniątkowa. Plany rozbudowy musiały ulec małym modyfikacjom. – Budowa trwała dwanaście miesięcy. Poświęciliśmy wiele czasu i energii, aby zrealizować nasze marzenie. Ale mamy satysfakcję, że dokonaliśmy tego własnymi siłami – podkreśla Jarek.
– Chociaż jest kilku przyjaciół, którym wiele zawdzięczamy. Bez nich byłoby nam trudniej tak szybko wybudować ten dom – dodaje Jola.
Dziś wykonany w drewnie pensjonat przeznaczony jest w całości dla gości. Ci, którzy przyjeżdżają do Jagniątkowa, wiedzą, czego szukają i dlaczego tu wracają. – To miejsce dla ludzi, którzy poszukują ciszy i spokoju – tłumaczą gospodarze. – Choć sam Jagniątków nie jest już tym samym kurortem, co przed wojną, nadal pozostała tu jakaś część przedwojennej atmosfery.
Centrum Europy
Jarek i Jola najbardziej lubią letnie poranki, kiedy mogą pić kawę na tarasie z widokiem na Śnieżne Kotły, na których jeszcze w czerwcu leżą płachty śniegu. Do ich codziennych obowiązków należy przygotowanie śniadania dla gości, którzy zachwalają chleb własnego wypieku i konfitury. Potem gospodarzy czeka cięcie i układanie drewna oraz dziesiątki czynności, które zrozumie tylko ten, kto ma własny dom.
– Jak się dba, to się ma – tłumaczy Jarek swoją filozofię pracy. – W zamian za to oddychamy pełną piersią przez cały rok. Nie zamienilibyśmy tego miejsca na żadne inne.
– Jagniątków jest miejscem, w którym zatrzymał się czas. Mieszkamy w przepięknym otoczeniu. Góry, las i woda, które są wokół nas, dają poczucie bezpieczeństwa – dodaje Jola.
– Pamiętam, jak przyjechał do mnie znajomy aktor – opowiada Jarek. – Pięknie tu, Góruś, pięknie – powiedział – ale do stolicy daleko. – Do której, Mieciu? – zapytałem i zaraz dodałem: – Jesteś w centrum Europy. – Ty chyba Góruś jaja sobie ze mnie robisz! – Nie, Mieciu
– odparłem – Praga 132 km, Berlin
320 km, do Wiednia bliżej niż do Warszawy. Mieciu, tu jest po prostu pięknie i cywilizacja tuż za rogiem. O kulturze nie wspomnę. Mieciu pokiwał głową, coś tam pod nosem poburkiwał i poszedł spać. Rano wstał i powiedział, że w życiu mu się tak dobrze nie spało… Od tego czasu jest stałym gościem w naszym pensjonacie.
Zwyczajne marzenie Góralów
Jola od dzieciństwa związana jest z Jagniątkowem. Tu się urodziła i dorastała. Dziś pracuje w szkole. Jest trenerem narciarstwa
i nauczycielką wychowania fizycznego. Jej młodość to narty biegowe i ciągłe treningi. Ma w domu wiele medali i pucharów z tego okresu.
Jarek jeszcze przed dyplomem zagrał tytułową rolę w „Balladzie o Januszku”. Potem przez kilka lat grał w teatrze w Jeleniej Górze, ale
w końcu uznał, że aktorstwo to nie wszystko. – Kocham ten zawód, ale jeszcze bardziej kocham swoje miejsce na ziemi – tłumaczy.
Mają jedno wspólne marzenie. Chcą doczekać starości, wziąć się za ręce i nadal razem szusować na nartach.